Czy sądeckie szkoły powinny wprowadzić „Dzień bez plastiku” i wierzyć, że to coś zmieni?
Wyobraźmy sobie poranek na Sądecczyźnie bez trzasku plastikowej butelki w plecaku, bez szeleszczącej zrywki z piekarni, bez długopisów lądujących w koszu po kilku kartkach. Trudne? Pewnie tak. A jednak pojawia się idea, by raz w roku wszystkie szkoły regionu – od podstawówek po technika – zorganizowały dzień całkowitej rezygnacji z plastiku.
Brzmi jak drobiazg, który świata nie zbawi. A jednak w sporze o skuteczność takich gestów kryje się sens tego sondażu: czy symboliczny dzień to pierwszy krok do realnej zmiany, czy też jednorazowa inscenizacja pozwalająca odhaczyć „ekologię” i wrócić do nawyków?
Zwolennicy takiej akcji przywołują liczby, których podważyć się nie da. Czterysta pięćdziesiąt lat – tyle średnio rozkłada się butelka PET; tysiąc lat potrafi przetrwać foliowa reklamówka zakopana na wysypisku. A po oceanie pływa wyspa śmieci wielkości Polski.
Każdy uczeń wyrzuca setki plastikowych odpadów miesięcznie, więc szkolny korytarz – czy to w nowosądeckim „Długoszu”, czy w grybowskim „Staszicu” – staje się miniaturowym modelem świata, w którym plastik otacza nas z każdej strony.
„Dzień bez plastiku” miałby być edukacyjnym wstrząsem. W planie: krótkie wykłady o „życiu butelki” dryfującej Dunajcem do Wisły, konkurs plakatu, infografiki w mediach społecznościowych. Kiedy widzisz, ile waży góra opakowań z jednego śniadania, łatwiej zamienić jednorazową butelkę na bidon, reklamówkę na szmacianą torbę, długopis na ołówek. Kropla drąży skałę.
Sceptycy pytają jednak: i co dalej? Po symbolicznym piątku nadejdzie plastikowy poniedziałek. Świadomość to jedno, logistyka drugie. Sklepik nadal sprzedaje napoje wyłącznie w PET‑ach, automat z przekąskami pluje laminowanymi kubkami, a dostawca cateringu owija wszystko w folię. Wrócimy do butelek szybciej, niż zdążymy opublikować zdjęcie plakatu.
Potrzebne są zmiany systemowe: źródełka z filtrowaną wodą w korytarzach, kaucja na butelki, dostawcy jedzenia bez foliowych warstw. Krytycy przypominają, że wyręczanie dorosłych w odpowiedzialności to zły wzór. Samorząd może ograniczyć jednorazówki, producenci muszą zapłacić za recykling. Szkoła ma uczyć, ale nie zastąpi gospodarki odpadami banerem „no plastic”.
Tyle że prawo nie zmienia się bez presji społecznej, a presja zaczyna się od rozmowy. Klasa, która wrzuca film o dryfującej butelce i zbiera tysiące wyświetleń, potrafi zrobić dla klimatu więcej niż konferencja oglądana przez garstkę dorosłych. Dzięki młodzieżowym akcjom w Europie zniknęły plastikowe słomki, a koncerny przerzuciły się na papier. Tak – poniedziałek po „Dniu bez plastiku” będzie znów plastikowy, ale trochę mniej. Kto raz wleje wodę do bidonu, rzadko wróci do jednorazówek. Gdy zobaczy, że kolega z ławki też ma bidon, „mniej” zaczyna mnożyć się przez setki drobnych decyzji.
Czy więc „Dzień bez plastiku” na Sądecczyźnie ma sens? Odpowiedź „TAK” niesie entuzjazm i wiarę w efekt domina: od symbolu do praktyki. Odpowiedź „NIE” przypomina, że bez długoterminowych zmian infrastruktury zostaniemy z hasłami i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Nasza rola to nie wybór za Was, lecz postawienie pytania w ankiecie i wysłuchanie argumentów. Czy jeden dzień wystarczy, by szkolny rok był choć odrobinę mniej plastikowy – czy może pozostanie eko‑jednorazówką? Głos należy do Was.
Możesz zabrać głos w tej sprawie poprzez uczestnictwo w sondażu.